poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Żniwiarze umysłu - Rozdział I

- Wojtek, ja nie mam najmniejszej ochoty tam jechać - jęknąłem, gdy patrzyłem na swojego przyjaciela podczas gdy ten biegał po całym domu w poszukiwaniu kluczyków od samochodu.
- Nie masz ochoty, czy po prostu Ci się nie chce?- Przystanął na chwilę na środku salonu i odgarnął ze swojej twarzy długie, blond włosy opadające mu na twarz.
- A gdzie widzisz różnicę? Po prostu nie chcę się dziś ruszać z domu, nie tam, nie mam ochoty...
- Mówisz tak, jakbyś myślał, że mnie to w ogóle obchodzi - nie dał mi dokończyć, a na jego usta wpłynął zadziorny uśmieszek. - Ostatnimi czasy cholernie się rozleniwiłeś. Na koncert nie, na domówkę nie, nawet na zwykłe ognisko kurwa nie, co się z Tobą dzieje Seto? Starzejemy się?
Wzruszyłem ramionami zupełnie ignorując jego zaczepkę i oparłem się o kant kanapy. Moje sprzeciwy chyba nic nie dadzą, a właściwie to może i on miał rację... Może warto w końcu ruszyć tyłek po przesiedzeniu prawie miesiąca w domowym zaciszu. Ale gdy tylko pomyślę o tej głośnej muzyce wydobywającej się ze wzmacniaczy i głośników, o tłumie brudnych, głośnych, zalanych w trupa ludzi, którzy nie wiedzą co się z nimi dzieje, o dealerach... Właśnie, a jeżeli ulegnę, nie będę w stanie się powstrzymać i znów zrobię coś głupiego i go zawiodę? To zdecydowanie nie był dobry pomysł.
- Rozerwiesz się trochę, będziesz grzeczny, bez obaw. Moja w tym głowa - odparł, jakby wcześniej wyczytując z moich myśli wszystkie obawy i obdarzył mnie szerokim uśmiechem.
Nie mogłem mu odmówić.
~*~
Aktualnie siedziałem w samochodzie na miejscu pasażera maksymalnie znudzony, wpatrując się uparcie w profil kierowcy pojazdu skupionego na drodze prawie tak bardzo, jak ja na swoich myślach. Jechaliśmy ponad 20 min., ten cały "festiwal", na temat którego same myśli przyprawiały mnie o ból głowy miał odbywać za miastem. Kilka godzin spędzonych na jakimś zadupiu, które najprawdopodobniej wykorzystam siedząc gdzieś na uboczu na kocu obserwując bawiących się ludzi. Po prostu super. Jeszcze jakiś czas temu nie trzeba byłoby mnie na siłę wyciągać z domu, to raczej ja przekonywałem znajomych do takich koncertów. Ale coś się zmieniło, odkąd skończyłem z ćpaniem unikałem takich imprez jak ognia. Znałem siebie, wiedziałem, że jestem słaby, jak bardzo uzależniony i, że wykorzystam każdą okazję,  która się trafi do tego, żeby znów zacząć to robić i co za tym idzie ponownie wpaść w te błędne koło. Myślicie, że ja tak sam dla siebie nagle się opamiętałem? Że z dnia na dzień przestałem to robić, przy akompaniamencie niesamowitego bólu, który targał moim ciałem, gdy byłem na głodzie? Skąd. Ćpam ponad 4 lata, zupełnie nie obchodziłoby mnie moje istnienie, to co się ze mną stanie, jeszcze do niedawna liczyło się tylko to, żeby zdobyć działkę, naćpać się i nie czuć bólu, jeszcze najprawdopodobniej parę miesięcy i już nie dane by mi było chodzić po tym świecie, ale... właśnie, ale ja nie robię tego dla siebie, nie przestałem brać dla własnego zysku. Uświadomiłem sobie, że mam dla kogo żyć. Są ludzie, którzy bardzo cierpieliby z powodu mojego odejścia. Tak samo jak cierpiałem ja, gdy powiesił się mój brat. Sytuacje właściwie skrajnie podobne - obie prowadziły do autodestrukcji, z tym, że mojemu bratu się udało, jego już nie ma. Ale ja nie mogę odejść, nie mogę dać się ponieść swoim potrzebom i przyzwyczajeniom, które mimo 3- miesięcznej abstynencji nadal czasami tak bardzo kuszą. Wojtek jest dla mnie najważniejszy, jest moim przyjacielem, członkiem rodziny. Śmiało oddałbym za niego życie i równocześnie zginąłbym, gdyby jego zabrakło. Uświadomił mi, że z nim po moim odejściu stałoby się podobnie. Dlatego już nie biorę, nie mogę go skrzywdzić.  Był przy mnie zawsze, gdy byłem na głodzie, cierpiałem. Płakałem, wiłem się z bólu, błagałem go o choćby jedną tabletkę przeciwbólową, pokazywałem wszystkie swoje słabości. A on był, pomagał mi nie, spełnianiem moich błagań, tylko samą obecnością. Trzymał mnie w ramionach  czasem i całą noc powtarzając, że teraz jesteśmy w tym razem i razem z tego wyjdziemy. Gdzie ja znajdę drugiego, tak wspaniałego przyjaciela? Tym bardziej, że on sam również nie ma, zresztą nigdy nie miał łatwo. Pochodzi z biednej rodziny, przyjaźnimy się już od piaskownicy. Mieszkał wraz z mamą ledwo wiążącą koniec z końcem, po tym jak jego ojciec postanowił ich tak po prostu zostawić dla jakiejś młodej, tlenionej zdziry.  Od zawsze był częstym, ba, nawet bardzo częstym gościem w domu mojej rodziny, w której w przeciwieństwie do jego - nie brakowało niczego. Od zawsze w mojej rodzinie były pieniądze, mam bardzo bogatych, popularnych i szanowanych rodziców zajmujących się tatuowaniem i ogólnie rzecz biorąc modyfikacjami ciała. Kto by pomyślał, ale w tym biznesie naprawdę można zarobić kupę kasy. Dla większej części społeczności moi rodzice byli po prostu wytatuowanymi, wykolczykowanymi wariatami, którym powinno się odebrać prawa rodzicielskie. Nic bardziej mylnego. Zbyszek i Agnieszka - to najwspanialsi rodzice jacy kiedykolwiek chodzili po Ziemi, najbardziej kochający i pełni zrozumienia rodzice. Byli bardzo wyluzowani, to fakt, zawsze pomiędzy nimi a mną i moim rodzeństwem panowały relacje jakie panują pomiędzy rówieśnikami, a nie rodzicem i dzieckiem, chociaż prawdą jest, że gdy trzeba potrafią mieć rodzicielską rękę i bardzo krytycznie podejść do danej sprawy. Ja oczywiście poszedłem w ich ślady, co zresztą chyba po mnie widać... Wojtek uwielbiał u nas przebywać, a my uwielbialiśmy jak u nas przebywał. Zarówno moi rodzice jak i siostry bardzo za nim przepadali. Pewnego dnia postanowiliśmy zamieszkać razem, we własnym mieszkaniu, ja i mój najlepszy przyjaciel, zresztą od zarania dziejów wszystko robiliśmy wspólnie to i w tej kwestii nie mogło być inaczej. W podstawówce siedzieliśmy w jednej ławce, zawsze na przerwach jak i poza szkołą trzymaliśmy się razem. W gimnazjum i później liceum, które dane nam jest teraz kończyć, podobnie. Mamy swój zespół, prawie każdą wolną chwilę spędzamy u swojego boku. Własny dom, jak na nasze potrzeby aż za duży dla nas dwóch,  wolność, los we własnych rękach, w naszym mniemaniu wieczne imprezy...Taaa, ale i ile obowiązków. Dzięki temu dwóch 16- letnich buntowników z marzeniami o wolności i losie we własnych rękach dostało przyspieszoną lekcję dorastania. Ale nie żałuję. Gdybym mógł cofnąć czas podjąłbym dokładnie taką samą decyzję. Dopiero później tak naprawdę zaczęły się schody. Ja zupełnie popadłem w narkomanię, a Wojtek... Wojtek dopiero w dniu przeprowadzki do nowego domu powiedział mi, że jest chory. Chory na AIDS. Mój świat się załamał, rozkruszył na miliony kawałeczków. I bynajmniej nie z powodu tego, że bałem się o swoje własne zdrowie, nawet przez myśl mi nie przeszło, że mieszkając z nim pod jednym dachem mógłbym się zarazić. Po prostu momentalnie w mój umysł wtargnął obraz trumny, z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem najważniejszej dla mnie osoby. Mimo wszystko, mimo wielu sprzeciwów i protestów Wojtka w naszych relacjach nic się nie zmieniło. Nadal dojadamy po sobie kanapki, pijamy herbatę z tych samych kubków i piwo z tych samych puszek. Nie mam zamiaru traktować go jak skażonego odmieńca, nie potrafię. Ludzie często mi powtarzają, że jestem idiotą, że pewnego dnia w końcu się zarażę i zniszczę sobie życie. Ale ja mam to gdzieś. Życie zniszczyłbym sobie, gdybym się od niego odsunął.
Uśmiechnąłem się do własnych myśli i spojrzałem leniwie za okno, jednocześnie wyczuwając, jak samochód prowadzony przez mojego przyjaciela hamuje, by po chwili całkiem stanąć. Aha, czyli dojechaliśmy. Trzeba będzie wysiąść i przetrwać te kilka godzin w miejscu, którego w tym momencie zdecydowanie wolałbym uniknąć.
- Jesteśmy marzycielu. Wysiadka - zagaił mój towarzysz po raz kolejny tego dnia posyłając mi rozbrajający uśmiech.
No i z czego on się tak cieszy?
- Nie szczerz się tak - warknąłem wyraźnie poirytowany,  jakby na potwierdzenie swoich myśli. Czy on naprawdę nie widział, jak bardzo wolałbym być teraz w bezpiecznym domu, rozłożony na wygodnej kanapie, oglądając jakiś kolejny durny talk-show w telewizji? Wszystko jest lepsze od przebywania w tym miejscu. - Miejmy to już za sobą... - westchnąłem i nacisnąłem klamkę, jednocześnie popychając drzwiczki od samochodu. Mój kompan poszedł w moje ślady. Już od samego początku, pierwsze co we mnie uderzyło, to zdecydowanie za głośna, nieznośna, rockowa muzyka, najprawdopodobniej grana przez jakichś supporterów. Koncerty miały się rozpocząć dopiero za pół godziny. Z moich rozmyślań wyrwał mnie Wojtek, który po uprzednim wyjęciu koca z bagażnika, zamknięciu i obejściu samochodu, stanął obok mnie i położył swoją dłoń na moim ramieniu.
- Będzie dobrze bracie - tu zrobił pauzę na teatralne westchnięcie - kilka odstresowujących godzin na pewno Ci nie zaszkodzi - wycedził, po czym udał się tanecznym krokiem w stronę grupki, zbierających się już pod sceną osób. - No idziesz Ty, czy nie?
- Nie - odparłem bardziej do siebie niż do niego oburzonym głosem i udawaną miną naburmuszonego dziecka, któremu mama odmówiła zakupu zabawki. Jednak widok stylu chodu jakim poruszał się w kierunku sceny skutecznie uniemożliwiał mi faktyczne dąsanie się. Zamiast tego, spojrzałem na niego jak na wariata i wybuchnąłem cichym chichotem. Z uśmiechem na ustach podążyłem za nim, z myślą, że może ten wspólny wypad nie jest wcale takim złym pomysłem...

Na wstępie...

Ave legiony.
No cóż, jak to rzekł kiedyś mój znajomy "Śpiewać umie każdy, nie każdy powinien. Podobnie jest z pisaniem". Nie powiem, żeby przelewanie swoich wymyślnych historii na papier, w tym wypadku do komputera wychodziło mi dobrze, lub chociaż ponad przeciętnie, ale postanowiłam, że będę to robić, bo tworzenie co raz to nowych historyjek i przetrzymywanie ich w mojej rąbniętej główce nie wychodzi mi na dobre, a na pewno jest męczące. Na początku te..."opowiadanie" nie miało ujrzeć światła dziennego, lecz poszłam za głosem swojego "szaleństwa" i stwierdziłam, że dzieląc się nim w Internetach będę miała większą motywację do pisania. Tudzież zmieszacie mnie z błotem lub w ogóle ta opowieść przejdzie bez echa. Ale jak to się mówi "nie dowiesz się, póki nie spróbujesz". Zaznaczę jeszcze, że zarówno opowiadanie jak i bohaterowie są autentyczni, historia opisywana tutaj zdarzyła się naprawdę. W niektórych momentach czasem dodam coś do niej, coś czysto od siebie, ale oczywiście Was nie będę informować co. Tak więc reasumując będę zamieszczać tu co jakiś czas swoje wypociny, jeżeli po paru notkach nie uznam, że nie ma to większego sensu. 
Od razu zaznaczam, że opowiadanie oparte będzie, na relacjach męsko-męskich, także jeżeli goszczę tu homofobów lub osoby, którym po prostu to przeszkadza, żegnam ich już na wejściu. Co do częstotliwości dodawania notek, to wyjdzie w praktyce. Wszystko będzie zależało od mojego czasu, chęci, albo po prostu tego czy będę miała dla kogo pisać i dodawać tu notki. Oczywiście jeżeli pojawią się jakiekolwiek komentarze, to nie ukrywam, że najchętniej przeczytam te z uzasadnioną krytyką i radami, co mogłabym ewentualnie poprawić. Kończę już swój wywód, niżej zamieszczam krótki opis trzech głównych bohaterów (jak na razie trzech, gdyż w pewnym momencie opowiadania może on ulec zmianie ;______; pełen profesjonalizm ....)  i od razu po nim pierwszy rozdział opowiadania, zamiast prologu (na który najzwyczajniej w świecie nie miałam pomysłu................). Mam nadzieję, że jakoś się w tym chaosie połapiecie. 
Miłej lekturki.
Renhet. 
________________


Główni Bohaterowie
  •  Kurt "Seto" Setowsky - młody, 19- nastoletni, zmagający się z problemami chłopak.  Razem ze swoim najlepszym przyjacielem Wojtkiem zamieszkuje dom na obrzeżach Torunia. Utalentowany w kierunku zarówno muzycznym, jak i plastycznym. Uczęszczający 11 lat do Szkoły muzycznej w celu rozwijania swoich umiejętności co do gry na perkusji oraz amatorsko śpiewający w swoim garażowym zespole.




  • Wojtek ( inaczej "Szatan") - najlepszy przyjaciel Kurta, od czasów tzw. "piaskownicy". 
















  • Zuza (bez pseudonimu :c) - narwana przyjaciółka Seto i Szatana, (uosobienie mnie ;_____;) non stop wścibiająca nos w nieswoje sprawy.